Prawda jest taka, że on mnie nigdy nie pragnął. Nawet przed ślubem. Pamiętam, że kiedy zaczęliśmy być razem zaplanowaliśmy wypad do Sandomierza. Cieszyłam się, że biorę tabletki antykoncepcyjne i będziemy mogli robić wszystko bez ograniczeń. I uwierzy pani?  My na tym wyjeździe nie kochaliśmy się ani razu. Ja przepraszam, że tak bezpośrednio o tym seksie, ale ja tak tylko z panią mogę… Na palcach jednej ręki mogę zliczyć te przypadki, kiedy to maż był inicjatorem seksu. Setki razy go pytałam „Dlaczego tak jest?”. Och, wymówek miał dużo – stres, brak pracy, nowa praca, ryzyko straty pracy, praca, której nie lubił. Nie wierzyłam mu za grosz. Wie pani, młoda, atrakcyjna kobieta, wtedy to ja byłam o 20 kilo ładniejsza i nic? No, zupełnie nic? Nawet na wakacjach, podczas których seks podobno liczy się podwójnie. Czego ja nie robiłam? Seksowna bielizna, rozmowy, brak rozmów, żeby się wyciszyło. Wreszcie próbowałam go namówić, żeby poszedł do specjalisty. Nic. No zupełnie nic pomagało i nic się nie działo. Czy pani sobie wyobraża, że w noc poślubną musiałam go prawie zgwałcić? Znam też daty poczęcia naszej trójki dzieci. Po prostu monitorowałam u ginekologa owulacje, żeby wiedzieć, kiedy go uwieść. A przecież nie był impotentem. W nocy miał często polucje. Łyk wody i już mówię dalej. Polucje! Och, jaka ja byłam wtedy upokorzona. A jak już dochodziło do seksu, to był warsztat i najlepiej od tyłu. Ciężko mi się o tym mówi bardzo. Kiedy już podjęłam decyzję, że odejdę, zapytałam go, dlaczego przez te 20 lat mnie nie chciał. Podał trzy powody – nie brałam tabletek antykoncepcyjnych, nie lubiłam od tyłu i w sypialni spały dzieci. Jak by nie można było się kochać w innym pokoju. Prawda? Powiedział mi też wtedy, że się za to często onanizuje. To była jakaś abstrakcja. Po jakimś czasie zaczął się wycofywać z życia, izolować od przyjaciół. Nikogo nie lubił, wszyscy go męczyli. A ja jestem stadna, nie umiem żyć bez ludzi. Z drugiej strony zaczął przesadnie o siebie dbać, nosić obcisłe ubrania. Godzinami przesiadywał w łazience, późno wracał z pracy, wieczorami zazwyczaj milczał albo przysypiał przed telewizorem. Ta jego obojętność była nie do zniesienia, dusiła mnie. Uświadomiłam sobie, że przez te lata stworzyłam sitcom, serial, w którym wszyscy myślą, że jest cudownie, a to tylko pozory. Wszystko na niby. Mówił do mnie: kotku, słoneczko i nic za tym nie szło. Odkąd odeszła nasza gosposia, bo dzieci podrosły, przytłoczył mnie nadmiar obowiązków. Praca, dzieci, zwierzęta, pranie, prasowanie, gotowanie, zakupy, cały dom na mojej głowie. Bez niczyjego wsparcia wszystko się sypało. Przepaliło się światło w przedpokoju, wyrósł grzyb nad oknem, drzwi do balkonu zaczęły się zacinać, popsuł się telefon stacjonarny, urwała roleta itd.. A on był cały czas w pracy! Czasami do dwudziestej czwartej, do pierwszej w nocy. Raz nawet w ogóle nie wrócił na noc, bo podobno w biurze coś ważnego się działo. Zaprzyjaźnił się z Markiem, kolegą z pracy. Mówił, że Marek długo siedzi i głupio mu jest wychodzić wcześniej. Myśli Pani, że on czasami o mnie pomyślał? O tym, co ja czuje? Nie, szliśmy przez to nasze życie, ja górą, a on doliną, ja doliną, a on górą.