Wysoka, piękna. Długie ciemne włosy, ostro zarysowane kości policzkowe, oczy jak migdały. Miała wyjątkowo długie palce. Czy Pani jest pianistką? – zapytałam, bo chciałam, żeby zrobiło jej się miło. Przytaknęła.

Kiedy była mała ciągle śnił jej się jeden sen. Budziła się i nie umiała go opowiedzieć. Zostawał tylko strach. Mała dziewczynka idzie drogą. Jest ubrana w czerwoną sukienkę ogrodniczkę i biały sweterek. Jej jasne włosy sięgają za uszy, grzywka przycięta równo jak od linijki tuż nad brwiami podkreśla olbrzymie oczy. Jest niezwykle drobna. Chudziutka, mała. Droga jest ciemna, ale mała czuje się bezpiecznie, bo idzie z tatą. Tata jest olbrzymem. Jest tak wielki, że jak dziewczynka podniesie głowę nie widzi jego twarzy. Słyszy za to głos. Spokojny, pewny, miły, wręcz słodki. W pewnym momencie tata pieszczotliwym głosem mówi – Córeńko potrzymaj przez chwilę ten kamyczek… Dziecko podnosi oczy do góry i widzi jak w jej stronę zbliża się wielki głaz podany ręką ojca. Jest szary szorstki i dziewczynka już wie, że za ciężki, że nie da rady go unieść. Że ją przygniecie. Budziła się połykając powietrze jak rybka. Kiedy próbowała się uspokoić, w głowie kołatało jej pytanie – Dlaczego tata podał jej wielki głaz? Czy wiedział, że to co było w rękach olbrzyma drobnym kamykiem ją może zmiażdżyć?

Często myślała o tym śnie. Wrył się w nią tak mocno, że zawsze jak miała wysoką gorączkę (a chorowała często) wydawało jej się, że wszystko jest z szorstkiej skały – pościel, dłoń mamy na jej czole, piżama. Płakała wtedy bardzo głośno. Prosiła mamę, żeby ją zabrała z tych skał.

Zauważyłam, że kiedy zaczynała mówić o skałach, chowała dłonie w rękawy swetra, tak jak by nie chciała niczego dotykać. Czy czuła się pani kochana przez rodziców? – zapytałam. – Tak. – odpowiedziała zbyt szybko.

Jej rodzice rozstali się, kiedy miał kilka lat. Ojciec był nie równy. Ciągle zmieniał nastrój. Raz miał doskonały humor, żartował, wręcz się wygłupiał – zakładał mamy kapelusze, wynosił szklanki literatki z kawiarni Europejski i mówił – zapomniałem wypić, opowiadał dowcipy i sam się z nich zaśmiewał. Innym razem był mroczny, cichy, zamyślony.  Pamiętała, że kiedy był w złym nastroju bywał kpiący i okrutny. Bezwzględny. Kiedy mama próbowała go jakoś rozbawić irytował się, odganiał się od niej jak od muchy. Dosłownie. Machał rękami. Potrafił zaprosić gości, a potem iść spać, bo był zmęczony. Czy czuła się przez niego kochana? Chyba nie. Ona go bardzo kochała. Pamięta jak kiedyś wlał jej pasem, a potem powiedział, że specjalnie uderzał słabo, żeby jej nie bolało, ale musiał ją zbić, bo zachowała się nieodpowiednio. Wtedy pomyślała, że ją kocha. Musiała się bardzo starać, żeby zwrócił na nią uwagę. Kiedy się wyprowadził do innej kobiety, stracili zupełnie kontakt. Urodził mu się syn. Zawsze się nim chwalił. Ona? Ona mogła osiągnąć naprawdę duży sukces, ale to i tak było za mało.

A mama? – zapytałam.  Uśmiechnęła się smutno. Z mamą razem pchałyśmy ten wózek, bez jednego kółka. Zawsze była zmęczona. Chociaż dom był pełen ludzi, przychodziły mamy przyjaciółki, młodzież do niej, zawsze czuła się samotna. Mama bardzo o nią dbała, zawsze rano czekało na nią śniadanie, przy łóżku ubranie złożone w kostkę. Pamięta plecy mamy przy biurku, kiedy wkłada do kopert pieniądze – na rachunki, na jedzenie, na ubrania, na wakacje… Zawsze mama wysyłała ją na wakacje. Często słyszała – Zobacz, ile dla ciebie robię? – głos mamy był ostry. Kiedy mama nie mogła znaleźć okularów prosiła, żeby jej pomagała szukać. Biegała szaleńczo po mieszkaniu, z narastającą kulką w brzuchu. Słyszała ostry krzyk mamy – Ty ślepa komendo, długo mam czekać? Albo – Żmiję na własnej piersi wyhodowałam. -kiedy cieszyła się na spotkanie z ojcem. Mama dawała jej wiele swobody. Załatwiała ją jednym zdaniem – Pamiętaj, ufam Ci, nie zawiedź mnie. Mama ją kochała, ale ciągle wzbudzała w niej poczucie winy, wyrzuty sumienia. Stawiała wysoko poprzeczkę, dużo dawała, ale wymagała jeszcze więcej. – Musiałam zasługiwać na ich miłość. Warunkowo mnie kochali. – powiedziała i popłakała się.

Już teraz rozumiem – mówiła – ten głaz, to ich oczekiwania, to moje poczucie winy, że nie jestem wystarczająco dobra, to ich warunki i wymagania. Przygnietli mnie tym. Moi rodzice.

Dlaczego przyszła? – myślałam. Nie kazała mi długo czekać na odpowiedź.

Przyszłam, bo czuję, że zasługuję na ich miłość cały czas. W ogóle zasługuję na miłość. Cały czas niosę ten głaz i jestem wyczerpana. Mama dzwoni i daje mi listę zadań dłuższą od papieru toaletowego. Muszę ją umyć i wypilingować, zrobić zakupy, powiesić firanki, wyrzucać śmieci. Kiedy z czymś się nie zdążę słyszę – Ale mnie zawiodłaś, tak się nastawiłam. Ojciec dzwoni tylko po to, żeby zaatakować mnie, że za rzadko dzwonię. Nigdy nie pyta się co u mnie i czy może czegoś potrzebuję. A ja mam już swoją rodzinę, dwoje dzieci, męża, który też mnie kocha warunkowo i nie wyrabiam się na zakrętach. Pani mi pomoże zdjąć ten głaz. Ostatnio znowu śni mi się ten sen.


  • To w jaki sposób traktują nas rodzice, daje nam bagaż na całe życie. Czasami jest to lekka, praktyczna walizka, z której możemy wyjmować same pomocne rzeczy – poczucie własnej wartości, przekonanie, że jesteśmy warci kochania, poczucie wsparcia i że zawsze, zawsze możemy na nich liczyć. Czasami to kufer, wielki i ciężki, a w nim poczucie winy, lęk, niskie poczucie własnej wartości i konieczność udowadniania wszystkim, że warto nas kochać.
  • Jestem przekonana, że każdy rodzic kocha nas i wychowuje tak jak potrafi najlepiej.  Musimy pamiętać, że to z czego korzystają rodzice to matryca, którą dali im ich rodzice (nasi dziadkowie), a tym z kolei pradziadkowie. Często rodzic bardzo chce być dobrym, wspierającym rodzicem, ale nie potrafi, dlatego daje to co potrafi, pielęgnacje, dobre wykształcenie, wymagania. Zimny chów.
  • Żeby odrzucić ten głaz, trzeba najpierw wybaczyć. To trudne. Napisz list do rodziców, taki którego nie dasz, tylko wyślesz do świata. Podziękuj im za to co dali Ci dobrego (nawet jeżeli to była tylko pluszowa małpka, albo pańska skórka kupiona w zoo u pijaczka na Pradze), napisz o co masz żal (ten nie utulony) który nosisz w sobie. Bądź w tym liście prokuratorem i adwokatem. To bardzo oczyszczające doświadczenie.
  • Pozwalaj sobie na utulenie tego dziecka, które masz w sobie. Ta dziewczynka z wielkimi oczami, nazwana ślepą komendą przez mamę, tylko dlatego, że zbyt długo szuka okularów, albo ten chłopiec, któremu tata naderwał ucho, bo nie uważał, kiedy biegł i zdarł kolana i pobrudził spodnie – oni w Tobie mieszkają. Ale trzeba się z nimi pożegnać. Utulić, wycałować, zachwycić się, przykleić plastry na kolana i łokcie i odesłać w świat. Nie ma sensu trzymać w sobie sierotki, która ciągle przypomina o przeszłości i jak nikt inny potrafi podciąć skrzydła.
  • Zastanów się jakim Ty chcesz być rodzicem. Kiedy będziesz dla swoich dzieci takim rodzicem jakiego sam potrzebowałeś, odczarujesz tę matrycę. Kolejne pokolenia dzięki Tobie będą miały rodzicielską moc. Czy to nie wspaniałe.
  • Boisz się, że nie umiesz? Umiesz. Wystarczy myśleć, czuć, szanować i czytać tych co potrafią.
  • Zadbaj o siebie. Jesteś tego warta! Dbając o siebie pokażesz swoim dzieciom, że trzeba siebie kochać.
  • Jeżeli jest bardzo źle idź na terapię. To pomoże Ci krok po kroku przepracować wszystkie niezałatwione sprawy z przeszłości.
  • Jestem z Tobą.